image
Wrz 11, 2019 horse concept, publikacje
Żeby przewodzić w końskim stadzie, trzeba się wykazać wiedzą, doświadczeniem i autorytetem, nie siłą

Jest kwietniowy wtorek, trzecia po południu. Spocona i zziajana biegam w kółko po corralu – terenie ogrodzonym metalową siatką. Wokół mnie galopuje coraz bardziej zdenerwowany, a może nawet rozjuszony koń. Kręcąc się w kółko, nieustannie śledzę wzrokiem konia: czy wykonuje zadanie, czy biegnie po wyznaczonej ścieżce? Na wszelki wypadek non stop wymachuję uwiązem w jego stronę, aby przypadkiem nie przyszło mu do głowy zejść z wytyczonej trasy. Niestety, każdy mój gest tylko pogarsza sytuację, koń galopuje, rży nerwowo. Nie wykonuje moich poleceń – on po prostu przede mną ucieka. Z każdą sekundą moja pewność siebie słabnie, a gdy trener po raz kolejny pyta: „Agnieszko, co chcesz osiągnąć?”, nie wiem, co odpowiedzieć. Po kilkunastu minutach zrezygnowana opuszczam corral, zastanawiając się, co poszło nie tak. Czy za mało się starałam? Czy nie dawałam koniowi sygnałów dość energicznie? Co gorsza wiem, że to nie koń stanowi problem. W szkoleniu, w którym biorę udział, chodzi o to, by w relacji z koniem dowiedzieć się przede wszystkim czegoś o sobie.

Tego samego dnia rano rozpoczęliśmy szkolenie w podwarszawskiej stajni Chojnów. „Koń w naszej metodzie jest narzędziem, metaforą relacji z innymi ludźmi. To metoda pracy skierowana do menedżerów, ale nie tylko. We Francji, skąd pochodzi, szkoli się nią także lekarzy, pielęgniarki, nauczycieli, rodziców mających problemy z dziećmi. Adresowana jest do wszystkich, którzy w pracy używają autorytetu i chcą zarządzać nie poprzez rozwiązania siłowe, strach i kary, ale przez uznanie swoich kompetencji” – tłumaczy Żaneta Poirieux, dyrektor zarządzająca Bilans Consulting Development, która od czterech lat wprowadza na polski rynek metodę Horse Concept. „W czasie tego szkolenia zobaczycie, że skuteczniej jest konia do czegoś przekonać, niż go do czegoś zmusić. Podobnie dzieje się z waszymi współpracownikami” – dodaje nasz trener David Lagnieux, „zaklinacz koni”, ekspert od naturalnych metod współpracy z tymi zwierzętami, który jest trenerem od ponad dwudziestu lat, a od sześciu szkoli metodą Horse Concept. Spośród czworga uczestników szkolenia na koniach najlepiej zna się Piotrek, trener i instruktor jazdy w stylu klasycznym. Ja jeżdżę – z przerwami – od dziesięciu lat, Grzegorz zna konie pani tylko z widzenia, jeździ na nich jego córka, a Barbara koni nie zna i – jak przyznaje – bardzo się ich boi. Grzegorz i Barbara zazdroszczą nam obycia z końmi, ale umiejętności, których nauczono nas na zwykłych kursach, tu się nie przydają, a czasem wręcz przeszkadzają. „Bez lonży i bata czułem się po prostu bezbronny” – przyzna potem Piotrek.

 

Szczery jak koń

Koń jest wrażliwy na najdrobniejsze niewerbalne sygnały, które wysyłamy. Konie od lat wykorzystuje się w terapii ludzi chorych, zwłaszcza dzieci cierpiących na schorzenia układu nerwowego (np. porażenia mózgowe). Hipoterapia to rehabilitacja ruchowa – jeżdżąc na koniu, zgrywając ruchy z jego ruchami, stymuluje się układ nerwowy, ćwiczy nieużywane podczas siedzenia na wózku mięśnie i stawy, przygotowując je do podjęcia próby np. chodzenia. Obok korzyści fizycznych nie mniej ważne są korzyści psychiczne. Zajęcia z dużym, ale ufnym i przyjaznym zwierzęciem, które doskonale – lepiej niż inni ludzie – odbiera nasze emocje, to terapia dla osób zaburzonych emocjonalnie, autystycznych, które dzięki koniom nawiązują kontakt z otoczeniem, a nawiązane z koniem prawidłowe relacje mogą przenosić na innych ludzi. Ta ostatnia cecha jest wspólna dla hipoterapii i szkoleń Horse Concept.

„Zorganizowaliśmy mnóstwo szkoleń z negocjacji, przywództwa, ale to wszystko były szkolenia w sali, podczas których trener mówi uczestnikom, jak ma być. Taka wiedza szybko wyparowuje z głowy, a my wracamy do starych nawyków. Szkolenie z koniem jest unikatowe. W trakcie pracy z nim przez doświadczenie dochodzimy do rozwiązań dopasowanych do własnych potrzeb i charakteru. Pozytywne emocje, które tej nauce towarzyszą, wzmacniają i utrwalają przekaz, co sprawia, że rezultaty uzyskane podczas pracy z koniem są trwałe” – wyjaśnia Żaneta Poirieux. To zjawisko w psychologii określa się mianem kotwiczenia emocjonalne-go. Takie uczenie aktywizuje układ limbiczny, część mózgu odpowiedzialną za emocje i popędy, ale i pamięć długoterminową. Z wypracowanymi w ten sposób umiejętnościami jest jak z jazdą na rowerze – nigdy się tego nie zapomina.

„Koń jest znakomitym trenerem także z innych powodów. Przede wszystkim jest wrażliwy na najdrobniejsze niewerbalne i emocjonalne sygnały, które wysyłamy. To sprawia, że staje się lustrem naszych emocji, i w relacji z nim możemy się czegoś dowiedzieć o sobie. Poza tym zachowania konia są zawsze szczere. Trener prowadzący szkolenie może nas oceniać przez pryzmat pozycji społecznej, funkcji pełnionej w firmie. Dla konia liczysz się ty, nie fakt, że przyjechałeś do stajni na rowerze czy w ferrari. Koniowi jest obojętne, czy jesteś dyrektorem firmy czy jej szeregowym pracownikiem” – wylicza David.

Aby uczestniczyć w szkoleniu, nie trzeba znać się na koniach. „Ćwiczenia wykonujemy z ziemi, bez wsiadania na koński grzbiet, bo chodzi nam o nawiązanie relacji, a nie nauczenie kogoś jazdy. Nawet ci, którzy początkowo się boją, zyskują, bo mogą poznać swoje reakcje w sytuacji stresu i poradzić sobie z nim” – dodaje Żaneta Poirieux.

Lider kompetencji

Cofam się, a koń napiera na mnie. Krok po kroku to ja ustępuję mu miejsca.

Jak się okazuje, już sama obserwacja końskiego stada wie-le powie nam o nas samych. „Konie to ofiary, na które od setek tysięcy lat polują drapieżniki. Wykształciły system obronny, w którym nadrzędne jest błyskawiczne reagowanie na potencjalne zagrożenia – od szybkości reakcji i ucieczki zależy ich przeżycie. Psychika ofiary jest zupełnie inna niż psychika drapieżcy. Spójrzcie na końskie stado” – mówi David. „Jak sądzicie, kto jest tu liderem?”. Pierwszy na myśl przychodzi nam największy agresywny ogier. „Pomyśleliście tak odruchowo, bo samiec alfa jest liderem w stadach drapieżników, także u ludzi. Tymczasem w końskim stadzie przewodzi zazwyczaj najstarsza i najmądrzejsza klacz, za którą stoi doświadczenie konieczne do przeżycia. Ona wie, gdzie poprowadzić stado, gdzie są najlepsze pastwiska, gdzie można znaleźć wodę” – dodaje David. „Koń przekonuje inne konie autorytetem. Lepiej być takim liderem niż dyktatorem, który zastrasza i ciągle musi walczyć o władzę. I żyje w na-pięciu, że ktoś nowy, silniejszy zechce mu tę władzę zabrać”.

Konie przywiązują niezwykłą wagę do przestrzeni osobistej, która jest u nich o wiele większa niż u ludzi. Naruszanie tej przestrzeni to metoda wyznaczania hierarchii. Gdy dominujący koń wkracza w przestrzeń osobistą zdominowanego, zdominowany musi ustąpić mu pola. Tę przestrzeń my, jako potencjalni liderzy, będziemy musieli z koniem wyznaczyć.

Ze stajni wyprowadzamy dwa konie. Ćwiczenie na rozgrzewkę, które proponuje David, wykonujemy w dwuosobowych grupach. Najpierw podchodzimy do konia, przytulamy go, nie pozwalając mu jednak za daleko odejść. Potem to my mamy odejść, przekonując go, by został na miejscu. Następ-nie musimy go nakłonić, aby się cofnął i ustąpił nam miejsca. Głaszczę konia, ale równocześnie mocno trzymam go za uwiąz tuż przy pysku, żeby się nie wyrwał. Kiedy jednak próbuję odejść i skłonić konia do pozostania w miejscu, on idzie za mną. Cofam się, a koń napiera na mnie, krok po kroku to ja ustępuję mu miejsca. Podobnie jest z namówieniem go, aby to on się cofnął: twardo stoi w miejscu i nie chce drgnąć ani o milimetr. Nie działają prośby ani groźby, odpycham go ręką, napieram łokciem. „Masz go przekonać, a nie przesuwać” – uśmiecha się David.

Tylko jak? Kiedy David przejmuje konie z naszych rąk, patrzymy jak urzeczeni, jak te grzecznie wykonują wszystkie jego polecenia. Magia? David tłumaczy, co zaburzyło naszą komunikację z koniem: ja na przykład już od początku pokazywałam mu, że nie jest dla mnie partnerem, że mu nie ufam. Jak? Trzymając go mocno przy pysku za uwiąz i nie dając mu się swobodnie poruszać. „Ale tak mnie uczono na lekcjach jazdy” – protestuję. David bezceremonialnie łapie mnie za kołnierz kurtki i przysuwa moją twarz do swojej. „To chyba nie jest komfortowa pozycja do prowadzenia rozmowy, prawda?” – pyta retorycznie. Teraz wiem, co czuje koń. „I koniowi, i potencjalnemu współpracownikowi trzeba dać trochę wolności. Teraz będziecie trzymać konie luźno, za koniec uwiązu, żeby czuły się swobodnie, czuły, że im ufamy”– tłumaczy trener. A koń – voilà! – nie ucieka. Podobnie jest z na-kłonieniem go do ustąpienia miejsca: gdy twardo stoimy na swoim miejscu i delikatnym ruchem ręki machamy przed pyskiem zwierzęcia uwiązem, nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego, posłusznie się cofa. „Pamiętajcie” – przestrzega David. „Skończcie dawać sygnał natychmiast, gdy koń poprawnie wykona ćwiczenie i zaraz go nagródźcie, poklep-cie, pogłaszczcie, żeby zrozumiał, że zrobił dokładnie to, czego od niego oczekiwaliście”.

Czas na trudniejsze zadania. David wprowadza dwoje z nas i konia na środek ogrodzonego metalową siatką corralu (najpierw przez pół godziny przekonuje konia, by pokonał lęk przez siatką i wszedł za ogrodzenie – i także to mu się udaje). „Mógłby to zrobić szybciej, uderzając go batem, ale wtedy zwierzę wciąż bałoby się siatki i za każdym razem, gdy chciałby je wprowadzić, musiałby używać siły” – dodaje Żaneta. Faktycznie – koń po długich namowach wchodzi za siatkę, a za trzecim i czwartym razem wchodzi bez namawiania. Już się nie boi.

Wcześniej David wytłumaczył nam, na czym polega nasze zadanie. Mamy sprawić, aby koń biegł, trzymając się swojej ścieżki, przy ogrodzeniu. Po prostu żeby nie właził nam na środek. Mamy też przekonać go do zmiany kierunku, używając tylko ruchów ciała, a więc mówiąc do konia i delikatnie machając uwiązem. Żaneta rejestruje to ćwiczenie kamerą, abyśmy potem z trenerem mogli je obejrzeć i przeanalizować swoje zachowanie.