image

– Bywa, że menedżerowie mają dosyć tradycyjnych szkoleń, które są prowadzone według utartych schematów, a przekazana podczas nich wiedza bardzo szybko ulatuje. Podczas warsztatów z końmi można doświadczyć realnej zmiany już podczas ćwiczeń. Wydaje mi się, że łatwiej coś zapamiętać i wracać do tego, gdy poczuje się to na własnej skórze – mówi Żaneta Poirieux, psycholog biznesu, mentor, założyciel Bilans Consulting Development oraz Human Integral Institute.

 

Kilka lat temu wprowadziła pani na polski rynek metodę Horse Concept – warsztaty z udziałem koni dla kadr zarządzających. Jaki jest cel szkoleń? 

Żaneta Poirieux, psycholog biznesu, mentor, założyciel Bilans Consulting Development oraz Human Integral Institute: – W warsztatach z udziałem koni wykorzystujemy naturalne zachowania zwierząt, aby stworzyć lustro dla ludzi, którzy biorą udział w zajęciach. Poprzez feedback, jaki otrzymują od koni, mogą zastanowić się nad swoimi zdolnościami przywódczymi. Menedżerowie mogą rozwinąć swoją wrażliwość, empatię, współodczuwanie czy budowanie relacji opartej na zaufaniu i szacunku.

Horse Concept to także nauka budowania relacji. Menedżer powinien umieć współpracować, ale nie na zasadzie kontrolowania i poganiania, lecz na podstawie szacunku i autorytetu. Tego mogą nauczyć konie, dla których status społeczny i pozycja w firmie są nieistotne.

Jak wyglądają zajęcia?

– Warsztaty nie polegają na jeździe konnej. Wszystkie ćwiczenia odbywają się z ziemi. Najpierw menedżer zapoznaje się z psychologią koni – co ją łączy, a co różni od ludzi. Ważne, by uczestnik dowiedział się, dlaczego konie żyją w stadzie i jak je tworzą. Musi wiedzieć, skąd bierze się zachowanie konia, ponieważ to właśnie na obserwacji i zmianie własnych zachowań bazują warsztaty.

Poza tym krótkim wstępem nie ma więcej teorii. Stawiamy na praktykę. Uczestnik wchodzi w interakcję z koniem – indywidualnie lub ze swoim zespołem. Już po pierwszej reakcji konia widać, jakim kto jest przywódcą. Zachowanie zwierzęcia pokazuje umiejętności menedżerskie danej osoby.

Następnie feedback, który „uzyskujemy” od koni jest omawiany z trenerem jeździectwa i coachem biznesu, którzy mają certyfikaty z metody Horse Concept. Nad szkoleniem czuwają tzw. zaklinacze koni, którzy potrafią przetłumaczyć nawet najmniejszy ruch zwierzęcia. Po omówieniu reakcji konia mamy kolejną dawkę ćwiczeń, w których uczestnik próbuje zmienić swoje zachowania. Jeśli koń widzi inne podejście i postawę ciała menedżera, wówczas wykonuje polecenia. Ma to miejsce wtedy, gdy zwierzę uzna daną osobę za prawdziwego lidera, któremu może zaufać oraz z którym czuje się bezpiecznie.

Konie mogą być lepszymi trenerami niż ludzie?

– Musimy pamiętać, że koń nie rozumie słów – reaguje na mowę niewerbalną i intencje danej osoby. Podobnie jest w relacjach międzyludzkich, gdzie język ciała jest głównym przekazem. Słowa stanowią zaledwie 7 proc. przekazywanych przez nas informacji. To właśnie gesty, ton głosu, mimika zdradzają o wiele więcej. Jeśli ktoś jest niespójny – jego słowa mówią coś innego niż mowa ciała, rozmówca to wyczuwa. Podobnie jest z końmi – od razu odgadują spójność i intencje.

Koń wyczuje dobrego lidera?

– Każdy dobry lider musi bazować na budowaniu relacji z ludźmi. Podczas warsztatów pokazujemy menedżerom jak nawiązują i budują relacje z innymi. Koń jest tutaj metaforą i bardzo dobrym punktem odniesienia – budzi lęki, obawy, niepewność, które należy oswoić – tak jak w życiu, kiedy idziemy do nieznanego kontrahenta czy klienta.

Zatem warsztaty z końmi są niepotrzebne dobrym przywódcom?

– Dobry lider chce się cały czas rozwijać. Otrzymując awans, bierze na siebie większą odpowiedzialność. Zostaje postawiony w różnych sytuacjach, których dotychczas nie znał. To z kolei wywołuje stres. Menedżer musi umieć odnaleźć się w nowej rzeczywistości, dlatego też ważny jest jego dalszy rozwój. Każda zmiana wymaga skonfrontowania się ze swoimi słabościami.

Dodatkowo, warsztaty Horse Concept są budującym feedbackiem dla menedżera. Zwłaszcza, że środowisko korporacyjne skupia się głównie na negatywnej informacji zwrotnej. Podczas warsztatów nie oceniamy tego co „złe” – skupiamy się na pozytywnych aspektach, które może wykorzystać dany menedżer.

Menedżerowie przychodzą na zajęcia z konkretnymi problemami?

– Tak, zawsze jest jakiś powód. Bywa, że menedżerowie mają dosyć tradycyjnych szkoleń, które są prowadzone według utartych schematów, a przekazana podczas nich wiedza bardzo szybko ulatuje. Podczas warsztatów z końmi można doświadczyć realnej zmiany już podczas ćwiczeń. Wydaje mi się, że łatwiej coś zapamiętać i wracać do tego, gdy poczuje się to na własnej skórze.

Proszę podać przykład.

– Bywa, że zgłaszają się do nas menedżerowie z brakiem wiary w siebie czy ostrożnością wobec innych ludzi. Sam kontakt z dużym zwierzęciem, które bardzo często budzi niepokój, jest dużym sukcesem. Gdy koń akceptuje uczestnika i współpracuje z nim, to dla wielu jest to przełomowy moment. Mieliśmy menedżerów, którzy w takiej chwili popłakali się ze szczęścia.

Ćwiczenia z końmi naprawdę rozwijają kompetencje menedżerskie?

– Tak, czego dowodem są reakcje naszych klientów. Prowadzimy coaching dla zarządów. Cykl coachingowy zazwyczaj zamyka się w dziesięciu lekcjach. Przynajmniej jedna z nich jest oparta na metodzie Horse Concept. Chcemy, by menedżerowie doświadczyli i zobaczyli, w jaki sposób mogą wpłynąć na budowanie relacji z pracownikami. Nie było osoby, która stwierdziłaby, że jest to bezużyteczne. Wręcz przeciwnie. Wielu menedżerów wraca na nasze warsztaty.

Zdarza się, że menedżerowie wracają na warsztaty ze swoimi pracownikami?

– Wielu szefów od razu przyjeżdża na zajęcia ze swoim zespołem. Dzięki temu wspólnie pracują nad lepszą relacją i komunikacją. Po sesji z końmi wiedzą jak doskonalić współpracę i zaczynają otwierać się na wspólny dialog.

Jaki jest koszt takiego szkolenia?

– Koszty tego rodzaju warsztatów są dosyć wysokie, ponieważ w szkolenie jest zaangażowanych wielu konsultantów. W ćwiczeniach uczestniczy coach i zaklinacz koni. Jeśli na przykład grupa liczy 10 osób, wówczas potrzebujemy co najmniej trzech trenerów. Dodatkowo, nasz zaklinacz koni przyjeżdża z Francji, ponieważ w Polsce nie ma specjalisty, który pracowałby na tak wysokim poziomie z końmi i to w biznesie.

Warto zaznaczyć też, że nie mamy sztampowych ćwiczeń. Niektóre firmy bazują na utartych schematach, które powielają – konie są wyuczone pewnych rzeczy. My tak nie robimy. Pracujemy z końmi, które są dostępne w każdym miejscu szkolenia i w całej Polsce (nie mówiąc o Europie). Oczywiście nasi trenerzy weryfikują, czy zwierzęta nadają się do współpracy.

Zainteresowanie warsztatami z końmi ze strony polskich menedżerów jest duże?

– Nie. Metoda Horse Concept nie jest promowana w Polsce. Ja też tego nie robię – jest to moja wisienka na torcie dla stałych klientów. W naszym kraju bardzo ostrożnie podchodzi się do niestandardowych szkoleń. Dotyczy to nie tylko ćwiczeń z końmi, ale również warsztatów w teatrze czy art terapii.

W innych europejskich krajach jest inaczej?

– Tak, w innych krajach Europy metoda ta jest dość popularna. Przykładowo we Francji, jakieś 7-8 lat temu Horse Concept uzyskał tytuł najlepszego szkolenia roku. Francuzi są bardziej otwarci i świadomi niż Polacy.

Czym jeszcze różnią się francuscy menedżerowie od polskich?

– Do Polski wróciłam w 1997 r. i wtedy różnice były dość spore. Obie strony były rozczarowane, jeśli chodzi o współpracę. W kwestiach pracowniczych były to dwa różne światy. W Polsce nie było wówczas w firmach działów HR – były kadry i płace. W związku z tym podejście do pracy z ludźmi było zgoła odmienne. Wydawało się, że skoro religia i kultura są podobne w obu krajach, to tak samo będzie w kwestii pracy. Niestety tak nie było, a współpraca była trudna. Teraz jest zupełnie inaczej. Polski rynek pracy bardzo się zmienił. Również Francuzi, którzy zrozumieli na czym polegają różnice i z czego się wywodzą, inaczej podchodzą do Polaków.

Współpracuję z jedną z największych korporacji francuskich, która działa także na terenie Polski i mogłam zaobserwować zachodzące zmiany. Polacy sporo się nauczyli od Francuzów.

Czego konkretnie?

– Na pewno udało im się rozwinąć swoje kompetencje zawodowe. Przykładowo osoba, która dołączając do zespołu była pracownikiem szeregowym, dzisiaj jest dyrektorem zarządzającym setkami osób. Taki przypadek nie jest odosobniony. Oprócz fachowej wiedzy, poszerzył także umiejętności menedżerskie. Nauczył się budować relacje z zespołem, czy też poprawił komunikację z załogą. Udało mu się również nauczyć zarządzania, ale nie poprzez strach, lecz za pomocą motywacji. Teraz to on umożliwia szansę na rozwój innym pracownikom, by mogli wspinać się po szczeblach kariery tak jak on.

A styl zarządzania różni się?

– Wydaje mi się, że nie jest to kwestia narodowości, ale osobowości. Polacy spotkali francuskich menedżerów, z którymi dobrze się współpracowało, ale też i takich, z którymi nie dogadywali się zbyt dobrze. Styl zarządzania zależy od człowieka, a nie od elementów kulturowych. Choć faktycznie, gdy mówimy o folwarcznym systemie zarządzania, myślimy o polskich menedżerach. Wielu z nich w rozmowie ze mną przyznało, że cieszą się z faktu, że mogli dołączyć do francuskiej korporacji, gdzie nie ma mobbingu, płacenia pod stołem czy opóźnień w płatnościach. Są także perspektywy rozwoju, czego brakuje w małych firmach.

Wychodzi na to, że Francuzi idą w kierunku turkusu?

– Nie do końca. Turkusowe organizacje są budowane w oparciu o świadomość pracowników i menedżerów. Nie można powiedzieć, że jest to bardziej polskie czy francuskie. Znaczenie mają tutaj cechy osobowe – wszystko zależy od ludzi.

Być może społeczeństwo francuskie jest parę kroków do przodu, jeśli chodzi o rozwój świadomości. W Polsce uczymy się tego, ale w swoim tempie. Nie znaczy to oczywiście, że polscy menedżerowie nie są turkusowi, wręcz przeciwnie. Wielu liderów posiada świadomość, energię i kreatywność, by „zarażać” turkusem swoje firmy, ale na to potrzeba czasu.

Mimo wszystko wydaje się, że turkusowych firm Polsce jest stosunkowo mało.

– Gdy zaczęłam się interesować firmami turkusowymi, myślałam tak jak pani – że jest to nowy obszar w Polsce. Tymczasem po paru miesiącach przekonałam się, że turkusowych spółek czy tych, które zmierzają w kierunku turkusu, wcale nie jest tak mało. Coraz więcej pracodawców zaczyna wprowadzać w firmach inny sposób myślenia, bycia oraz postrzegania człowieka.

Poproszę o podanie przykładów.

– Sąd Okręgowy w Olsztynie zainspirowany jest turkusem – Rafał Turek zaraża codziennie turkusowym podejściem swoich współpracowników i kolegów z branży. Innym przykładem jest firma Marco z Gliwic. Marek Śliboda sześć lat temu założył firmę, która osiąga spore sukcesy biznesowe i społeczne. Jak mówi, popularność i dochody firmy to skutki uboczne. Mamy też dużą firmę Trans24.eu, której współpracownicy dążą skromnie, ale pewnie do rozwoju w kierunku turkusu.

Czy turkus jest dla każdego?

Z zasady tak, ale w praktyce nie każdy chce się rozwijać, rozwijać świadomość siebie, być odpowiedzialnym za to, co robi, a w turkusowych firmach współpracują ludzie, którzy chcą od początku do końca brać odpowiedzialność za swoje sukcesy i porażki. Wydaje mi się, że każdy znajdzie swoje miejsce w odpowiedniej organizacji.

Warto zaznaczyć również, że turkus to nie element mody. Nikt nie mówi, że turkus jest lepszy od czerwonego, pomarańczowego czy zielonego przedsiębiorstwa i że wszystkie spółki muszą teraz być turkusowe. Każdy jest na swoim etapie świadomości. Natomiast sądzę, że proces rozwoju jest nieunikniony dla każdego i w odpowiednim tempie i że nawet te najbardziej pomarańczowe organizacje będą poddawane ewolucji.

 


Zobacz oryginał na PULSHR.